Miał być szpital B. Kto by chciał do szpitala B.? Tam tylko psychiatria fajna (może też kardiologia), więc miejsce dla mnie nie najgorsze. Pomyślałam, że nie będę więcej kombinować, dostanę się z palcem w nosie do B. i będzie po wszystkim. Jednak tym razem B. bije rekordy popularności (może ktoś wie dlaczego?), razem z P. i B2. No więc szpital S. Psychiatrii nie ma w ogóle, na kardiologii króluje Paździoch, i niewiele więcej wiem, poza tym, że dojazd niezły i tylko kilku stażystów, studenci tylko na jednym oddziale, więc może nie będzie kolejki do każdego pacjenta...
1.października uznałam, że może być, skoro płacą nam za słuchanie cały dzień przystojnego pana strażaka (szkolenie ppoż). A poniedziałek był czwartego...
Obudziłam się z ropą lejącą się z zatok, gorączką i chyba bez gardła. Postanowiłam jednak nie zaczynać pracy od zwolnienia, dzielnie zwlekłam się z łóżka i nawet się nie spóźniłam.
Po odprawie (bez fajerwerków, choćby powitania albo przedstawienia zespołowi) zostałam poinformowana, że mam zgłosić się do...Paździocha! Nie dość sześciu tygodni w kanciapie, zresztą wiedziałam, że tak będzie. Poza tym to wina A., z którą odbywam staż (jak przybierze pseudonim, to wstawię), bo ze złośliwym uśmiechem natychmiast oświadczyła doktorowi, że nie chce na kardiologię.
No więc kanciapa. Paździoch sącząc kawkę wypytuje, co z jego "nauk" zapamiętałam i co dostałam z egzaminu. Ja, z katarem zamiast mózgu, próbuję przypomnieć sobie, czy powiedział cokolwiek poza wymienianiem maratonów, w których brał udział. Nie idzie mi, siedzę z otwartą gębą (dziś jestem jednozadaniowa i jak oddycham to już nie myślę, oddychanie kosztuje mnie za dużo wysiłku), więc Paździoch sprzedaje mnie lekarce w trakcie specjalizacji. Nazwę ją Tarczyca, bo moim zdaniem na nadnadczynność. Ma największą salę, badanie do doktoratu, małe dziecko i jeszcze mnie - debila z otwartą gębą. Próbowała mnie nauczyć Esculapa, ale ostatecznie ok. 11 powiedziała, żebym poszła do domu. Musiałam zrobić wrażenie.
Plusem są pacjenci. Ci, co znają szpital S. wiedzą, co znaczy mieć młodą salę. Dla tych co nie wiedzą - 84 lata ma mój najstarszy pacjent, a nie najmłodszy, jak w innych salach interny S. Chociaż Panowie mnie polubili :)
DementiaPraecox
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz